piątek, 8 grudnia 2017

Kopiec kreta - słodka kofeinowa podróż z odrobiną egzotyki

Hej :D Może troszkę przesadziłam z tytułem, ale nie mogłam się powstrzymać. To jedna z moich ulubionych autorskich kaw. Jak ją zrobicie to pewnie zrozumiecie, w czym tkwi rzecz. Swoją drogą skąd to nazewnictwo? Powiem szczerze, że jestem raczej za nazwami typu: malinowe frappe niż malinowa rozkosz na zimno. Prosty przekaz i od razu wiecie, z czym macie doczynienia. Czasem jednak kawa jest tak przekombinowana, że używanie jej fachowej nazwy jest trudne do zapamiętania i męczące. Chcecie wiedzieć jak nazywałby się nasz kawowy kopiec kreta? Proszę! Bananowo-czekoladowe frappe na ciepło z mlekiem kokosowym i wiórkami kokosowymi. Brzmi prawie jak przepis :P Zatem myślę, że nazwa jest dobrym uproszczeniem. Bez zbędnego przedłużania zapraszam do przepisu :D


Składniki:
- kawa rozpuszczalna
- wrzątek
- spieniacz do mleka
- 2/3 kostki gorzkiej czekolady
- mleko kokosowe [PRZEPIS]
- wiórki kokosowe
- pół banana
- cukier do smaku
- wysoka szklanka
- spieniacz do mleka lub słoik

2-3 kostki czekolady gorzkiej rozpuszczamy w wysokiej szklance. Ja robię to w mikrofali. Kontrolujcie czas. Lepiej podgrzać 2-3 razy po parę sekund niż przesadzić (co mi się dzisiaj zdarzyło - wyszła sucha masa). Czekolada ma być płynna. Możecie ją co jakiś czas mieszać, to przyspieszy proces.


Na małym talerzu rozgniatamy dokładnie widelcem pół banana. Jeśli zrobicie to starannie, a banan będzie odpowiednio dojrzały to nie wyczujecie grudek w swojej kawie. Masę bananową układamy na warstwie czekolady.


Teraz przyszedł czas na nasze frappe, które swoją drogą jest mrożoną kawą pochodzącą z Grecji. Przepis na tradycyjne frappe: [KLIK] Co stoi na przeszkodzie, by zrobić frappe na ciepło? Nic! Dalsze kroki zależą od tego czy macie spieniacz do mleka. Jeśli tak to do wysokiej szklanki sypiemy 2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej, słodzimy lub nie wedle uznania, ja tylko powiem, że ta kawa sama w sobie jest słodka. Jednak jako cukruś porywam się na dwie płaskie łyżeczki. Wy sami musicie znaleźć własne idealne proporcje. Zalewamy to niewielką ilością wody (przy umiejętnym spienianiu kawa może zwiększyć swoją objętość nawet trzykrotnie, uwzględnijmy to przed zalaniem jej wodą)  i spieniamy delikatnymi, kolistymi ruchami, a także w górę i w dół. Nie ma sensu się spieszyć. To, czego oczekujemy to jak największa pianka. Jeśli nie macie spieniacza to nic straconego! To samo robimy w słoiku, zakręcamy go i energicznie wstrząsamy. Utworzy się piana wcale nie gorsza od tej ze spieniacza. Przelewamy ją do szklanki z czekoladą i bananem.


Na koniec powoli zalewamy kawę ciepłym, ale nie zagotowanym mlekiem kokosowym i posypujemy wiórkami kokosowymi. Popatrzcie na swoje dzieło, bo niestety przed wypiciem trzeba je wymieszać. Życzę smacznego :D Dajcie znać jak przetestujecie ten przepis, bo wiele on dla mnie znaczy. Zanim powstało to, co widzicie teraz były jeszcze dwie inne, słabsze wersje. Pozdrawiam serdecznie :D


środa, 29 listopada 2017

French Press - urządzenie do zadań specjalnych

Witajcie kawosze :D Choć dzisiejszy post będzie bardziej techniczny to obiecuję, że nie zabraknie w nim jednego, ukrytego przepisu.

Zaparzacz do kawy 
French press, praska francuska, kafeteria, zaparzacz tłokowy... Nazywajcie to jak chcecie. Mówię o specjalnym dzbanku do zaparzania kawy, który ma tłoczek z sitkiem do oddzielenia fusów. Dla kogo on jest? Dla tych, którzy nie przepadają za smakiem kawy rozpuszczalnej, natomiast irytują ich fusy w zalewanej kawie. To bardzo proste i niedrogie rozwiązanie, które zadowoli wielu kawoszy. Ja swój kupiłam za 20 zł w pepco, jest jeszcze mniejszy za 15. Wzięłam ten większy, bo korzystam z tej metody parzenia kawy głównie, gdy są u mnie goście. Na codzień piję kawę z kawiarki, o której z pewnością jeszcze napiszę. Zaczynamy od przelania praski francuskiej gorącą wodą, którą potem wlewamy. Rozgrzeje to jej ścianki. Kawa do kafeteri musi być nieco grubiej zmielona niż tradycyjnie. Sitko niestety nie jest na tyle dokładne, co filtry i nie zatrzyma fusów z drobno zmielonej kawy. Niektórzy jednak rozkręcają sitko i dodatkowo zabezpieczają je filtrem,  przez co mogą zmielić ziarna drobniej i cieszyć się bardziej aromatyczną kawą. Ale to już zależy od preferencji. Jedni lubią mocną kawę, inni delikatną. Jak już przy jesteśmy przy intensywności naparu to ile tak właściwie kawy sypać do french pressu? Bariści podają 60-70g/litr wody. Co to w praktyce oznacza? Około jednej ,,porządnej" łyżki kawy na szklankę wody. Ja jak to ja oczywiście zaburzam te proporcje i sypię więcej kawy. Wy też nie bójcie się tego robić. Spróbujcie najpierw według tradycyjnych zaleceń, a potem sami oceńcie czy Wasza kawa jest za słaba czy za mocna. Eksperymentowanie podczas robienia kawy to wspaniała rzecz. Gdy mamy już kawę w french pressie delikatnie zalewamy ją gorącą, ale nie wrzącą wodą. Kawa nie lubi wrzątku. Na początek tylko lekko zakrywamy kawę. Dajemy jej 30 sekund. Ziarna się otworzą i w ten sposób uzyskamy więcej aromatu. Po tym czasie wlewamy resztę wody i przykrywamy. Tłoczek ma być na górze tak, żeby nie dotykał naparu. Parzenie kawy tą metodą trwa około 4-6 minut. Po upłynięciu tego czasu powoli dociskamy tłoczek do dna oddzielając fusy od naparu. Przelewamy napój do szklanek czy filiżanek.  W ten sposób możemy cieszyć się prawdziwą kawą bez fusów.



Zaparzacz do herbaty
Skoro można w nim zaparzać kawę to czemu by nie zrobić tego samego z herbatą? Wystarczy wsypać ulubioną herbatę liściastą do dzbanka i po zaparzeniu odcisnąć fusy. Nie wiem jakie proporcje preferujecie, ale u mnie jest to łyżeczka herbaty na każdą szklankę wody. Nic prostszego, prawda? A o wiele przyjemniej jest delektować się herbatą, gdy nic w niej nie pływa. Oczywiście, że ekspresówki rozwiązują ten problem i nie mamy do zmywania dodatkowego naczynia, ale smak herbaty liściastej jest znacznie lepszy.



Mleko kokosowe 
Jeśli porównamy mleko kokosowe ze sklepu i to domowe to szybko odkryjemy, że kupowanie go nie ma sensu. Pierwszym argumentem na korzyść mleka domowego jest cena. Wolicie wydać na mleko 2-3 zł czy może 10 zł. Tak, tyle kosztują mleka kokosowe w sklepach. Straszną sknerą nie jestem, ale sami przyznacie, że to istne szaleństwo! Dziwne nazwy z tyłu opakowania w składnikach to czysta chemia. To, które zrobicie będzie naturalne. O gustach się nie dyskutuje, ale mi o wiele bardziej smakuje domowe mleko. Ostatnie słowa pewnie przekonają ludzi, którym ciągle brakuje czasu. Wykonanie takiego mleka jest dziecinnie proste i można powiedzieć, że mleko robi się samo. Po tym wstępie czas na przepis. 

Składniki: 
- wiórki kokosowe 
- woda 
- french press 
- cukier (opcjonalnie)

Zacznijmy od tego, że trochę się naszukałam przepisów. W większości trzeba było na końcu odciskać mleko przez sitko i ściereczkę płucienną. Generalnie dużo babrania. Ale znalazłam sposób, żeby zrobić to prosto przy użyciu french pressu. 400 gramów wiórek kokosowych zalewamy 3,5-4 szklankami gorącej wody. Możecie też dodać ze 2 płaskie łyżeczki cukru i wymieszać, ale to nie jest konieczne. Zostawiamy na noc nasz przykryty french press. Rano ponownie mieszamy, odciskamy wiórki za pomocą tłoczka i przelewamy mleko do butelki lub dużego słoika. Może stać w lodówce tydzień. Niestety mleko kokosowe nie ma konsystencji mleka krowiego. Jest dosyć wodniste, ale pyszne, szczególnie z kawą! Na drugi dzień możecie zauważyć, że wytrąciła się na nim kokosowa skorupka. To naturalna rzecz, którą posiada też mleko że sklepu. Można w takiej sytuacji odcedzić mleko. Za tydzień pojawi się wyjątkowy przepis na kawę z użyciem tego mleka.







Spienianie mleka
Kiedyś przeczytałam, że w french pressie można spienić mleko (kokosowe się do tego nie nadaje, bo jest za rzadkie. Jeśli chcecie użyć mleka roślinnego to wybierzcie sojowe). Wystarczy wlać ciepłe mleko do french pressu, dodać odrobinę cukru i energicznie poruszać tłoczkiem w górę i w dół. Czy to się sprawdza? Powiem szczerze, że spodziewałam się lepszego efektu albo po prostu mam za mało siły. Jednak na jakieś awaryjne spienianie, gdy padnie nam zwykły spieniacz to czemu nie. Tu koniecznie chciałabym poznać Waszą opinię o tym pomyśle. Dajcie znać czy się sprawdził.

Czyszczenie 
Myślę, że i temu warto poświęcić jeden akapit. O ile umycie dzbanka to kaszka z mleczkiem to o tyle czyszczenie sitka to już nie jest taka fajna sprawa... Chyba, że nalejecie do dzbanka około 1/3 wody i odrobinę płynu do naczyń i zaczniecie poruszać tłoczkiem w górę i w dół. Fusy same się odkleją.


A Wy jaką kawę najczęściej pijecie? Rozpuszczalną? Zalewaną z fusami? Korzystacie z ekspresu, french pressu lub kawiarki?

środa, 8 listopada 2017

Herbata po hiszpańsku - moje propozycje

Witajcie :D Jak obiecałam tak przybywam pełna energii z nowymi pomysłami na herbatę po hiszpańsku. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał poprzedniego posta to serdecznie zapraszam do zapoznania się, żeby lepiej wczuć się w klimat i tam wszystko jest wyjaśnione bardzo szczegółowo ze zdjęciami na każdym etapie „produkcji". Znajdziecie go tutaj: [KLIK] Jeśli już wszystko jasne to zapraszam do nowych przepisów :D Wszystkie rozwiązują problem poprzedniej herbaty czyli konieczność mieszania. Herbata wygląda ładnie, ale przed wypiciem trzeba ją wymieszać, żeby nie poczuć goryczy mocnej herbaty i wątpliwego smaku wody z cukrem. Te przepisy to pełna dowolność. Chcecie to mieszajcie, nie chcecie to nie. Choć obie warstwy tworzą spójną całość to w wypadku nowych przepisów każda z osobna też smakuje dobrze. 

Z syropem owocowym
Składniki:
- wrzątek
- herbata (ja wybieram Earl Gray)
- syrop owocowy (tutaj malinowy, ale będę to powtarzać zawsze: kombinujcie, twórzcie nowe smaki, bawcie się tym! Owocowa herbata też nieźle się sprawdzi)
- cukier (opcjonalnie)

Na dno szklanki lejemy odrobinę syropu i zalewamy do połowy gorącą wodą. Mieszamy. Zróbcie taki roztwór (jak to chemicznie brzmi), który Wam najbardziej odpowiada w smaku. Na soku kładziemy delikatnie poziomo plasterek cytryny. Przez niego małym strumieniem przelewamy herbatę. Jeśli chcecie to możecie ją posłodzić, ale mi już wystarcza słodycz soku :D Smacznego!

Tu warstwy nie są aż tak idealnie wyznaczone jak w przypadku klasycznej herbaty po hiszpańsku. Myślę jednak, że delikatne rozmycie na granicy też daje ciekawy efekt. Oczywiście na żywo lepszy. 

Black&white - połączenie białej i czarnej herbaty
Jak zwykle pijecie herbatę? Z cukrem? Z sokiem?  Z cytryną? A może z mlekiem? Czemu by tak nie pić herbaty z herbatą?! 
Składniki:
- wrzątek
- czarna herbata 
- biała herbata (lub jakakolwiek inna herbata jaśniejsza od czarnej. Myślę, że z zieloną może smakować genialnie i na pewno to przetestuję. Wybierzcie, co lubicie. Rumianek? Mięta? No problem!) 
- cukier do smaku
Zaparzamy białą herbatę w połowie wysokiej szklanki. Jeśli słodzicie herbatę to na tym etapie dodajcie płaską łyżeczkę cukru. W dzbanku lub innym naczyniu z dzióbkiem zaparzamy czarną herbatę. Możecie do niej dodać płaską łyżeczkę cukru. Na białej herbacie kładziemy poziomo plasterek cytryny i powoli przelewamy przez niego białą herbatę. Herbaty się nie zmieszają, cytryna uniesie się do góry. Jednak nie zawsze tak się dzieje. W poprzednim poście znajdziecie rozwiązanie na cytrynę, która utknęła w środku szklanki. 


Co myślicie o tych pomysłach? Dajcie znać, jak je wypróbujecie. A może macie własne propozycje z herbatą hiszpańską. Pochwalcie się nimi, a chętnie przetestuję. Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :D

wtorek, 24 października 2017

Herbata po hiszpańsku - istna magia

Czary mary, czary mary... Przed Wami pojawia się herbata, która wygląda jak zaczarowana. Czemu zaczyna się dopiero od połowy szklanki? Co jest pod nią i najważniejsze: jak ją zrobić? Jeśli jesteście zaciekawieni to zapraszam do nowego przepisu.



Wiecie, co najbardziej lubię w tej herbacie? To, że do jej wykonania nie potrzeba niczego niezwykłego, czego nie ma w tradycyjnej herbacie, a wygląda ciekawie. Zatem oto składniki:
- woda
- herbata
- cukier
- cytryna

Teraz powiem Wam jak zaczarować te z pozoru zwykłe składniki. Połowę wysokiej szklanki zalewamy wrzątkiem i dodajemy cukier w zależności od preferencji. Ja zwykle herbaty nie słodzę, ale tu pozwoliłam sobie zaszaleć z dwiema łyżeczkami. Na wodzie kładziemy poziomo plasterek cytryny.



 W osobnym naczyniu z dzióbkiem zaparzamy herbatę (ja wybieram earl gray).  Jeśli chodzi o naczynie to może to być dzbanek, ale lepiej sprawdzi się naczynie do śmietanki. Jest poręczniejsze i pamiętajmy, że herbata ma być naprawdę mocna, więc pewnie późniejsze picie jej z dzbanka nie każdemu przypadnie do gustu, więc nie ma sensu robić jej aż tyle. Napar herbaciany małym strumieniem przelewamy przez sam środek cytryny, która pod wpływem tego procesu zacznie się unosić i tak powstaną dwie warstwy. Bywa jednak tak, że cytryna zamiast na samej górze napoju zostanie zaklinowana w miejscu, w którym ją położyliśmy.


Nic straconego! Można ją delikatnie podnieść za pomocą łyżeczki, a napój zachowa swe warstwy 😀



Nie zapomnijcie jej na końcu wymieszać. Te warstwy choć wyglądają ładnie to w smaku raczej nie będą zbyt ciekawe. Na górze gorzka, czarna herbata, a potem wrzątek z cukrem mmm...

Życzę smacznego i koniecznie dajcie znać jak Wam wyszła. Mogę jeszcze zdradzić, że mam w głowie dwie modyfikacje tego przepisu. Trzymajcie kciuki, żeby prawa fizyki mnie nie zawiodły, a będziecie mogli o nich wkrótce przeczytać ❤️

piątek, 13 października 2017

Latte Macchiato - trzy warstwy elegancji

Witajcie Kawosze!
Dzisiaj przychodzę do Was z czymś specjalnym. Kawa, która nie tylko dobrze smakuje, ale i cieszy oko. Można się zakochać w tych jej trzech warstwach. Idealna do podania dla gości.

(wiem, że nie powinno być bąbli w tej piankę, ale pianka z mleka sojowego nie jest zbyt trwała, a ja za późno chwyciłam za aparat)

Do jej wykonania potrzebujemy:
- mleka krowiego lub sojowego (przyznam szczerze, że na sojowym wychodzi lepiej)
- kawy rozpuszczalnej
- cukru
- zagotowanej wody
- spieniacza do mleka
- wysokiej szklanki
- naczynia z dzióbkiem lub innej szklanki

Połowę wysokiej szklanki napełniamy ciepłym mlekiem. Dodajemy płaską łyżeczkę cukru, która ułatwi nam spienianie mleka. Mleko spieniamy tak, aby pianka i lejące mleko miały taką samą objętość. Kilkukrotnie uderzamy szklanką o blat, by warstwy wyraźnie się oddzieliły. Dobrze jest zostawić tak mleko na parę minut.



Do naczynia z dzióbkiem lub innej szklanki sypiemy dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej i słodzimy wedle uznania. Pamiętamy, że jedna łyżeczka cukru już znajduje się w mleku. Całość zalewamy niewielką ilością wody i mieszamy.


Z ubitej wcześniej piany ,,kradniemy" łyżkę - przyda nam się potem. Teraz najtrudniejsze zadanie. Bardzo małym strumieniem przelewamy kawę na środek mlecznej piany. Jeśli nie mamy naczynia z dzióbkiem, można to zrobić po łyżce. Gorąca kawa nie zmiesza się z chłodniejszym mlekiem, a wciśnie się pomiędzy nie, a mleczną piankę. Ślad po wlewanym mleku przykrywamy odłożoną wcześniej pianą.


Tak prezentuje się gotowa Latte Macchiato. Życzę smacznego :-D Dajcie znać jak Wam wyszła i przed wypiciem nie zapomnijcie wymieszać.


piątek, 6 października 2017

London Fog

Witajcie :D Z czym kojarzy Wam się poniższe zdjęcie? Pewnie z kawą. Ktoś bardziej obeznany w temacie stwierdzi może, że to jakaś odmiana latte. Pewnie gdyby ktoś pokazał mi ten obrazek powiedziałabym to samo. Przyszedł czas na małą odmianę. Zasiądźcie wygodnie w fotelach i rozkoszujcie się angielską herbatą.


Do jej wykonania potrzeba:
- herbaty
- wody
- mleka
- syropu waniliowego
- cukru do smaku
- spieniacza do mleka
- szklanki

Zaczynamy od zrobienia herbaty. Brzmi banalnie, ale ta czynność ma największe znaczenie. Najlepsza będzie earl gray. Używając sypanej zamiast ekspresówki podnosicie walory smakowe napoju. Fusy najlepiej odcedzić, żeby nie miały później kontaktu ze spienionym mlekiem, bo to będzie mało estetyczne, a picie takiego napoju może irytować (jak robię zwykłą herbatę to fusy w ogóle mi nie przeszkadzają, ale tu naprawdę lepiej jest się ich pozbyć). Możecie też od razu użyć specjalnego zaparzacza. Herbatę słodzimy wedle uznania i dodajemy do niej odrobinę syropu waniliowego.


Pozostało nam tylko spienić mleko. Robimy to powoli kolistymi ruchami, a także w górę i w dół, aż otrzymamy konsystencję gładkiej piany.


Powstałą piankę przelewamy do herbaty i możemy cieszyć się niepowtarzalnym smakiem i myślami przenieść się do miasta, w którym ciągle pada deszcz. Swoją drogą nazwa tej herbaty też nie jest przypadkowa. Napój przypomina krajobraz zamglonego Londynu.



Na zdjęciu widok z London Eye. Oczywiście padało, ale myślę, że kropelki na szybie najlepiej oddają klimat tego miasta.

Wolicie pić kawę czy herbatę? Czy połączenie herbaty z mlekiem wydaje się dla Was czymś dziwnym? Bo dla mnie z początku tak było. I na koniec powiedzcie czy lubicie deszcz? Bo ja uwielbiam... jak jestem w domu. Chodzenie w przemoczonych butach nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Jednak deszcz ma w sobie coś tajemniczego, artystycznego. Coś, w czym można się zakochać ❤️

piątek, 22 września 2017

Latte z miodem i cynamonem zabije przeziębienie

Cześć :) Zaczęła się jesień. Zamiast kolorowych liści mamy chlupę i sezon przeziębień. Piszę tego posta siedząc w domu z gorączką. Humor poprawiła mi kawa, która wyciągnie Was z każdego przeziębienia i do tego jest pyszna! Oto latte z miodem i cynamonem. Te dwa dodatki poprawią funkcjonowanie układu oddechowego, polepszą Waszą odporność i złagodzą ból gardła. Same korzyści, prawda? No to zabieramy się do pracy!



Potrzebujemy:
- trzech szklanek (przynajmniej jedna powinna być wysoka)
- kawy rozpuszczalnej
- miodu
- cynamonu
- cukru
- mleka
- spieniacza do mleka

Potrzebujemy płynnego miodu, taki lepiej połączy się z kawą. Jeśli ten, który mamy jest twardy jak kamień to możemy odrobinę jego podgrzać np. w mikrofali. Podgrzewany także nasze mleko. Potem do szklanki z miodem (ta, w której będziemy serwować napój) sypiemy odrobinę cynamonu.



A do ciepłego mleka dodajemy płaską łyżeczkę cukru (to ułatwi spienianie). Mleko spieniamy delikatnymi kolistymi ruchami, a także w górę i w dół. Idealna piana to taka, na której nie ma bąbelków. Trening czyni mistrza i wkrótce sami odnajdziecie idealny czas wykonywania tej czynności.



W oddzielnym naczyniu robimy małą kawę. Ja używam dwóch łyżeczek kawy rozpuszczalnej. W zależności od tego czy lubicie słodkie napoje słodzicie kawę lub nie. Ja to robię ;)



Teraz pozostaje nic innego jak tylko połączyć składniki. Do szklanki z miodem wlewamy kawę i powoli wykańczamy mleczną pianą. Całość dla dekoracji pruszymy cynamonem i gotowe! Jeśli wolicie małe kawy to możecie ją zrobić w filiżance i wtedy magicznie zmieni nazwę na cappuccino z miodem i cynamonem. Ja jednak jestem zwolenniczką dużych kaw, szczególnie w chłodne dni - więcej ciepełka.



Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłych jesiennych dni, żebyście mimo szarej pogody nie stracili motywacji do działania!

poniedziałek, 18 września 2017

Wszyscy jesteśmy popękani...

„Wszyscy jesteśmy popękani. Każde z nas zaczyna życie jako wodoszczelny okręt. Ale potem przydarzają się nam różne rzeczy - ludzie nas opuszczają albo nas nie kochają, albo nas nie rozumieją, albo my nie rozumiemy ich, więc tracimy, przegrywamy i ranimy się wzajemnie. I okręt zaczyna miejscami pękać. No a kiedy okręt pęka, koniec jest nieunikniony. (…) Jednak zanim pęknięcia zaczną się otwierać i ostatecznie się rozpadniemy, mija wiele czasu. I to właśnie w tym czasie możemy się nawzajem zobaczyć, bo wtedy wyzieramy zza naszych szczelin i zaglądamy przez szczeliny innych do ich wnętrza. Kiedy zobaczyliśmy swoje prawdziwe oblicza? Dopiero kiedy zajrzałeś w moje szczeliny, a ja zajrzałam w twoje. Wcześniej patrzyliśmy zaledwie na wzajemne o sobie wyobrażenia, jakbyśmy patrzyli na roletę w oknie, ale nigdy nie zaglądali do środka. Lecz jak tylko okręt zaczyna pękać, do środka może dostać się światło. Światło może się wydostać na zewnątrz.” 




Lubicie Johna Greena?  A może uważacie, że jego książki to zwykłe młodzieżówki, które zostały do przesady wypromowanie, a tak naprawdę nie zawierają głębszych treści? Moje zdanie na temat jego książek zmieniało się na przestrzeni lat. Nieraz uważałam je za ważne i dorosłe, a nieraz za proste i dziecinne, ale jedna, rzecz była niezmienna - cytaty. Autor sprytnie potrafi wcisnąć życiowe mądrości do nawet najprostszej powieści i właśnie za to go cenię. Słowa, które zamieściłam na początku posta pochodzą z „papierowych miast". Nie ukrywam, że podobała mi się ta książka, ale nie miała w sobie nic, co by powalało na kolana. Jednak raz na jakiś czas pojawią się zdania, które od razu rzucają się w oczy. Są jakby za mądre jak na nieskomplikowaną fabułę. Nie wiem czy Wy też tak macie, ale ja od razu wyłapuję takie rzeczy i zaznaczam, bo mogą się potem przydać jako życiowa inspiracja. Lubię, gdy z książki wystaje dużo kolorowych karteczek, to czyni ją moją. 

Nie przedłużając, przeczytajmy te słowa jeszcze raz i spróbujmy dopasować je do naszego życia. Czyż nie jest tak, że człowiek rodzi się niczym czysta karta (tabula rasa), a potem środowisko go kształtuje? Każdy bez wyjątku niesie jakiś bagaż życiowych doświadczeń, które go zmieniły, doprowadziły do tego miejsca, w jakim jest teraz. Nie żyjemy w laboratorium, nikt z nas nie ma sterylnie czystej psychiki. Kilka razy upadaliśmy, by potem się podnieść. Mimo, że wiele chwil możemy zaliczyć już do przeszłości to jednak zostawiły one na nas jakiś ślad. Wszystkie te pęknięcia bez względu na to czy duże czy małe wpływają na naszą osobowość i przyszłe decyzje. 

Często użalamy się nad sobą, bo wiele przeszliśmy, bo nikt nie potrafi nas zrozumieć. A przecież koleżanka czy sąsiadka ma lepiej, dobrze ustawione życie, żadnych stresów. Musimy postawić sobie dwa pytania: jak długo ją znamy i na ile ją znamy?  Wcale nie ma obowiązku mówić nam o swoich smutkach czy wydarzeniach z przeszłości. Nie musi się zwierzać czy udowadniać, że też wymaga zrozumienia. Bez względu na to, ile wiemy o danej osobie, potraktujmy ją jak siebie, jak człowieka z troskami, zmartwieniami, rysami na przeszłości. To właśnie ludzkie traktowanie pomaga zbliżyć się do kogoś, zrozumieć i być zrozumianym. 

Może zamiast roztrząsać to, co wydarzyło się w przeszłości i nie możemy tego już zmienić lub analizować każde przykre słowo skierowane w naszą stronę pomyślmy, że to tylko trud codziennego życia. Dotyczy on wszystkich i choćbyśmy nie wiem jak się starali to tego nie unikniemy. Cierpienie nie jest naszą winą ani winą innych ludzi. Ranimy i jesteśmy ranieni. Zamiast tworzyć głębsze refleksje potraktujmy to po prostu jako element człowieczeństwa, podnieśmy głowę i idźmy przed siebie dumni z naszego nieidealnego życia. Cieszmy się, że je mamy i nie zapominajmy, że nie jesteśmy panami tego świata. Nie mamy prawa oceniać innych według ich czynów i tego, co przeszli, bo tak naprawdę nigdy nie wejdziemy w ich skórę, bo każda historia, choć nieraz podobna może być czymś zupełnie innym. 

Bądźmy okrętami świadomymi swoich pęknięć. Uczymy się na błędach, ale i nie bądźmy egoistami. Dostrzegajmy rysy innych statków, wpatrujmy się w nie, aż zobaczymy w nich prostą, pozbawioną warstwy ochronnej osobę taką jak my. Zaglądając nawzajem w swoje szczeliny widzimy światło, które jest nadzieją na przyjaźń, związek czy po prostu odrobinę ludzkiego zrozumienia. W bólu i cierpieniu zastanówmy się czy musimy przechodzić przez to sami? A może kiedyś na naszej drodze pojawi się osoba, która wypełni wszystkie te życiowe pęknięcia i nada każdemu dniu nowych barw.